Ech, czas nieźle przyspieszył, zbliżały się diamentowe urodziny. Nie jestem fanem podniosłych uroczystości ale miałem świadomość, że rodzinka (dość liczna) będzie chciała/musiała (do wyboru) cmoknąć jubilata w czółko. Z tą myślą zacząłem się powoli oswajać. Cóż, będzie trzeba to przeżyć. Wyciągnę akordeon i zagram , ku ucieszesz wnuków i znudzonych gości sto lat, sto lat dla samego siebie.
Z tyłu głowy tliła się ochota na jakiś przewrotny pomysł.

Pan Bóg jedzie z nami na wakacje, ale pod warunkiem że zamiast zostawić Go w domu, zabierzemy Go ze sobą.

Pewnego razu, w czasie kazania do dzieci na temat wakacji, ośmioletni Piotrek zapytał mnie: „Czy Pan Bóg jeździ na wakacje?”. Wywołało to falę śmiechu w całym kościele. Koledzy i koleżanki Piotrka śmiali się tak głośno i długo, że nie można było kontynuować kazania. Ubawieni byli nawet rodzice obecni na Mszy św. Tylko kolega Piotrka, dziewięcioletni Łukasz, kiedy wszyscy się śmiali, podniósł rękę.

Dobra pamięć nie jest moją domeną. Utkwiło w niej jedna kilka ważnych faktów, które dane było mi przeżyć. Jednym z nich był dzień wyboru Karola Wojtyły na papieża.